Nawet uznani blogerzy niekiedy przynudzają. Zdarza się to także takim blogerom, którzy zostali swego czasu usunięci ze S24 i nie czytamy ich na codzień, bo ... no właśnie... bo przynudzają.
Nie zawsze bowiem to, co wychodzi spod ich pióra, ma polot świeżości i trafia do nas z jasnością błyskawicy. Jednak są chwile, gdy w ich notkach trafiamy na wenę, która ugruntowała ich pozycję w blogosferze.
Dziś będę cytował Matkę Kurkę. Bo akurat dziś znalazłem fragment, w którym nie przynudza (nieco niżej, wytłuszczoną czcionką).
Matka Kurka pisze dziś na Kontrowersjach jasno i przejrzyście o tym, o czym każdy szanujący się bloger, a bloger S24 już obowiązkowo, powinien regularnie przynajmniej raz na jakiś czas pisać przez następne kilka, kilkanaście a może i kilkadziesiąt lat. Do skutku. Dopóki rodacy nasi się nie wybudzą z narkozy. Dopóki klapki z oczu nam nie spadną. Dopóki politycy nie zaczną realizować interesu naszego kraju, a naukowcy wykorzystywać swej wiedzy nie na użytek ruskiej propagandy, lecz w celu wyjaśnienia faktycznego przebiegu zdarzeń.
Przyznam się otwarcie, że wiadomość z 10.04.2010 r. mnie dotknęła bardzo. Przez pierwsze dwa miesiące wiele nocnych godzin spędziłem na doszukiwaniu się, doczytywaniu się, analizowaniu. Musiałem zrozumieć, bo nie mogłem normalnie funkcjonować ze świadomością, że ktoś tak po prostu rozwala naszego rządowego tupolewa o smoleński podmokły grunt. W wyniku mojego reserczu jakąś tam sobie teorię na temat tych wydarzeń wypracowałem, i póki co, wszystkie znaki na niebie moje przypuszczenia potwierdzają.
Jednak dużo bardziej niż skala tragedii poraziła mnie podatność Polaków na manipulację. Nasz bezkrytycyzm. Nasze pogodzenie się z wciskaniem nam kitu. Nasz brak odwagi w podjęciu samodzielnego myślenia. Nasze tchórzostwo w wyciąganiu wniosków. Nasze skwapliwe przyklepanie czegoś, co powinno być rozebrane na czynniki pierwsze, a mówiąc dosłownie, rozszarpane aż do białych kości, by nie został ani jeden element niepewności.
Dokładnie z tej samej perspektywy sprawy ujmuje Matka Kurka (cyt. z Kontrowersji):
"Ponieważ nie należę do ludzi specjalnie cierpliwych, nie potrzebuję trzydziestu lat na obalenie legendy o stalowej brzozie, beczce, na wysokości 5,1 metra wykonanej w ułamkach sekund, skrzydła, które po zderzeniu i przecięciu pnia (30 do 40 cm), odskakuje na 111 metrów, że o przemarszu statecznika nie wspomnę. Przyznam się jednak, że jestem zmasakrowany obstrzałem propagandy. Nie chcę popełnić niewybaczalnego głupstwa, stawiając oś symetrii między ruską i rządową dezinformacją, a często rozpaczliwymi próbami dociekania prawdy na amatorską rękę, które kończyły się kompromitacją, niemniej obustronny ostrzał pokaleczył mnie ciężko. Ostatnio staram się czytać i analizować tylko szczegóły techniczne, czego wcześniej nie robiłem. Zmieniłem zdanie, ponieważ zachęcił mnie bezpiecznik w innym samolocie. Po zbadaniu tego przypadku stwierdzam, że potrafiłbym z zamkniętymi oczami, chociaż, ani razu nie siedziałem w samolocie, uruchomić system awaryjnego wypuszczania podwoziaBoeinga 767, o ile cała rzecz ma polegać na wciśnięci bezpiecznika, a potem jednego guzika. Na trzeźwo i po pijaku mogę wypuszczać, za lądowanie jeszcze się nie biorę, ale za próbne podejście Tu-154M wezmę się od zaraz. Nie potrzebuję żadnego ILS, zamykam oczy, wchłaniam 1,5 promila, wykonuję tę słynną aktywację, która polega na wciśnięciu dwóch guzików: "zachod" i "glis", potem wciskam wielki czerwony guz na wolancie i jestem mistrzem odchodzenia, ponieważ żaden mistrz pilotażu nic innego wykonać, przy tym manewrze nie może.
Tyle techniki, cały UCHOD, teraz już chyba pół beczki na wysokości 5,1 metra, tyle grzbietu TU-154M, który według ekspertów miał wytrzymałośćpomiędzy tekturą falistą i szkłem hartowanym, dlatego w bagnie rozsypał się na 1000 kawałków. Wystarczy baśniowych wątków za całą legendę. Nie potrzebuję żadnych rozmów z kokpitu, kto tak kogo miał za ułana, który sobie chlapnął i jak bardzo pierwszy pasażer naciskał na stery. Tych kilka „przyczyn” zawartych w ruskich i polskich raportach, według mojej wiedzy, nabytej podczas zdawkowej lektury rozmaitych instrukcji i objaśnień do czego i co służy, nie pozwalają mi wierzyć w ruską Aurorę i polską bujdę na resorach. Naprawdę polecam wszystkim zmęczonym, przejrzenie kilku akapitów, a gdzie akapitów, kilku zdań, chociażby w opisie kokpitu TU 154M, ale również raporcie Millera, gwarantuję, że „odchodzić na automacie”, można się nauczyć w kilkanaście sekund, jedynie dla bezpieczeństwa trzeba sobie utrwalić nazwy i kolejność „aktywowania” TRZECH GUZIKÓW. Przy odrobinie wysiłku i podręczniku fizyki z II klasy gimnazjum, dowiedzieć się można, że 80 tonowy samolot o rozpiętości skrzydeł wynoszącej 36 metrów, nie może obrócić się wokół własnej osi o 180 stopni i w czasie kilku sekund położyć się na plecach. Kto twierdzi inaczej musi podać nowe prawo fizyki albo dostanie pałę w gimnazjum. Cała fasada zbudowana z kolejno pojawiających się spisków i sensacji nie ma najmniejszego znaczenia. Raporty MAK i Millera, to są śmieci, nie żadne wyjaśnienie katastrofy, nie wiem czy wystarczy trzydzieści lat, aby znieść legendę beczki i brzozy, wiem natomiast, że żadnego naukowego, czy choćby tylko rzetelnego wyjaśnienia przyczyn katastrofy nie było, bo być nie mogło. Gdyby wyjaśnienie zaistniało, obudzilibyśmy się ze snu idioty i wylądowali w zupełnie innym kraju.
Dzisiaj w Polsce chyba nikt ze zwykłych blogerów nie jest w stanie ze stuprocentową pewnością stwierdzić i udowodnić, co się właściwie stało 10.04.2010 r. na smoleńskiej ziemi.
Jednakże nie o to chodzi. Możemy wykazać coś innego. Możemy na własnym podwórku uczynić coś małego, ale jakże istotnego.
Wystarczyłoby, gdybyśmy uświadomili sobie, że oficjalne rządowe wytłumaczenia to bujda na resorach dla niekumatych panienek i stetryczałych starców, dla niedokształconych milionów Polaków, niewybudzonych z komunistycznej zależności od wtłaczanego nam do łba odgórnie przekazu, aspirujących do wszecheuropejskiej lepsiejszości.
A tej wiedzy w narodzie nie ma.
Ja wiem, że większość blogerów i czytelników S24 tę wiedzę już zapewne posiadło. Wszak S24 to nie byle nowy Ekran, by czytelnik dawał sobie kit wciskać, he he..... (dobra dobra, sam piszę na nE, więc żarty na bok).
Coś tam wiemy. Teraz jednak trzeba się tą wiedzą podzielić.
Dopóki przeciętnemu Kowalskiemu nie uda się przekonać swego sąsiada Nowaka, że wielotonowy tupolew nie robi po spotkaniu z brzozą beczki, niczym pijany rowerzysta, dopóty będziemy narodem, którego będzie można kantować na każdym kroku. W biznesie, banku, w urzędzie, na poczcie, przy wyborach.
Póki co, fałdy mózgowe statystycznego Kowalskiego nie są bardziej rozbudowane, niż właśnie fałdy tektury falistej, z której rzekomo (wg wersji rządowej) zbudowano Tupolewa.
Chyba każdy zaobserwował takie oto zjawisko - Polacy uciekają od kwestii smoleńskiej na wszelkie możliwe sposoby. Bo są tą tematyką już bardzo zmęczeni. Bo chcą zamieść niewygodne wątpliwości pod dywan. Bo udzielenie sobie odpowiedzi, że ktoś nas znów zlikwidował, po prostu boli. Bo ucieczka jest najprostszym sposobem radzenia sobie ze stresem, który nas przerasta. Bo odkrycie prawdy przecież do niczego nie doprowadzi....
Spróbujmy pogadać z najbliższym naszym otoczeniem o kwestii smoleńskiej - dopiero wtedy uświadomimy sobie skalę uzależnienia od imputowanej nam propagandy. Przynajmniej dla mnie było do doświadczenie naprawdę porażające.
A właśnie uświadomienie sąsiadowi (koledze z pracy, żonie, rodzicom itd.), że rządowa oficjalna wersja to drętwe gadki dla naiwnych, tani kit na uszy, jest pierwszym krokiem ku temu. Nasz sąsiad (kolega, brat, szwagier) musi to od kogoś to usłyszeć, bo sam z siebie nie jest w stanie takich wniosków sformułować, po prostu.
Nawet jeśli w przypływie odruchu samoobrony nasz sąsiad (szwagier, brat, kumpel z pracy), cierpliwie słuchający dotychczas, co mamy mu do powiedzenia, zacznie brać nas za nieszkodliwych nawiedzonych (taka jest najczęstsza reakcja, gdy po raz pierwszy Kowalski słyszy kwestionowanie oficjalnego nurtu informacyjnego), lub jeśli nasz interlokutor zacznie robić dziwne tiki, wykazywać oznaki niepokoju, zatykać sobie uszy, rozpaczliwie wymachiwać rękami, broniąc się w ten sposób przed wiedzą, którą mu przekazujemy (taka reakcja też się zdarza, zwłaszcza u co bardziej wrażliwych), nie rezygnujmy.
Pierwszy wyłom w betonie został właśnie uczyniony. A kropla drąży skałę.
A konia z rzędem temu, kto wymyśli skuteczną receptę, jak zmusić Polaków do samodzielnego myślenia.



Ale alternatywna ,trzymająca poziom też nie powstała.
No i tak zostaliśmy zawieszeni w powietrzu na te ostatnie chwile i na razie tam trwamy.