Obiecałem w poprzedniej notce napisać o propagandzie, a raczej o podatności społeczeństwa na propagandę.
Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Oto tekst o propagandzie.
Od 2005 r. – tj. od czasu wygrania wyborów przez POPIS i rozpadu na dwa wrogie obozy koalicji solidarnościowej, która przecież i tak nigdy formalnie nie istniała (kwestię materialnego współdziałania pozostawiam do wyobraźni czytelnikom) – jesteśmy przedmiotem największego powojennego projektu propagandowego, jaki zna Europa. Pisał o tym świetny (i niedoceniany na salonie) Knapestopper. Ja jedynie kontynuuję tutaj skromnie jego dalekosiężne twierdzenia, choć nie wiem, czy będą one szły w kierunku, w jakim widziałby to Knapestopper.
Ale po kolei.
Moja przygoda z propagandą zaczęła się dziesięć lat temu. Wówczas zacząłem pisać moją drugą pracę magisterską, na temat opodatkowania dywidendy. Moja pierwsza praca magisterska była o niebo ciekawsza i dotyczyła sposobów ujęcia erotyki w nowelach jednego z pisarzy austriackich. Oczywiście o wiele chętniej dalej zajmowałbym się erotyką, niż opodatkowaniem dywidendy, ale zawsze chciałem mieć rodzinę, a więc potrzebna była mi kasa. A jak wiadomo, zajmowanie się literaturą raczej nie jest zbyt dochodowe, więc postanowiłem się przebranżowić.
I tak oto, po kilku nudnych latach studiów, jako temat mojej drugiej pracy magisterskiej wybrałem opodatkowanie dywidendy. Jednak po zebraniu wstępnych materiałów mój ówczesny promotor zmarł.
Cóż było robić? Chcąc nie chcąc musiałem zmienić działkę, którą się zajmowałem. Ponieważ wolne miejsca na seminarium magisterskim były tylko u profesora z doktryn politycznych, przeskoczyłem z podatków na doktryny polityczne, aby nie tracić roku. A że w przeszłości miałem do czynienia z historią i kulturą Niemiec, na mój nowy temat wybrałem: ”Stosunki między PRL a NRD w propagandzie stalinowskiej w latach 1949-1956 na przykładzie Nowych Dróg”.
Tu muszę wyjaśnić, czym były „Nowe Drogi” w czasach PRL-u. Był to wysokonakładowy periodyk Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, przeznaczony dla jej członków, skierowany także do wszystkich wyżej stojących funkcjonariuszy systemu, regularnie objaśniający zawiłości ówczesnej sytuacji międzynarodowej, zapodający aktualnie obowiązującą linię polityczną, a przede wszystkim faszerujący czytelnika potężną dawką propagandy i indokrynacji. Największe pióra ówczesnej publicystyki, min. Andrzej Werblan, co miesiąc wytężały swe wysiłki, by przekonać tysiące czytelników (aspirantów komunizmu, zasiadających w radach narodowych, w prezydiach lokalnych i organach PZPR), że „socjalistyczny gołąbek pokoju pokona zbrodniczego, pałającego żądzą zemsty rewizjonistycznego kanclerza Adenauera”. W takim stylu tam właśnie pisano.
Nigdy nie miałem żadnych złudzeń ani co do stalinizmu, ani co do realnego socjalizmu w polskim wydaniu. Jednak przeżycia związane z pisaniem tej pracy dały mi poważnie do myślenia.
Otóż miałem na napisanie tej pracy jedynie 2-3 tygodnie, ponieważ już wtedy pracowałem pełnoetatowo, a chciałem jak najszybciej zakończyć mój i tak przydługi okres studiowania. Więc wziąłem się za bary z tymi „Nowymi Drogami”, by wczytać się jak najintensywniej w tamtą epokę. W krótkim czasie przeczytałem chyba z 10 roczników „Nowych Dróg” w celu wyłapania najciekawszych artykułów.
Żeby znaleźć najciekawsze tematycznie artykuły na temat stosunków PRL – NRD, czytałem w „Nowych Drogach” wszystko, jak leciało. Bo nigdy nie wiedziałem, na co trafię. Czytałem chłam na równi z najbardziej wypieszczonymi analizami.
I wówczas, w trakcie pisania tej pracy magisterskiej, nastąpiło coś bardzo dziwnego.
Ja się po prostu zaangażowałem. Nie w samo pisanie pracy, ale w to, co czytałem. Zacząłem czuć treść i potęgę komunizmu. Dopiero wtedy zacząłem rozumieć, dlaczego ci ludzie poszli za Leninem, za Stalinem, za Bierutem i Gomułką. Nagle ja – prawicowy patriota, katolik i konserwa całym sobą - przekonałem się do haseł komunizmu. Uwierzyłem, dałem się omamić. Pokochałem władzę radziecką. Stałem się komunistą. Tak właśnie. Chciałem być jednym z nich. Za elektryfikację polskiej wsi dałbym się pokroić. W prastare piastowskie prawa do ziem zachodnich wierzyłem, jak swego czasu w katechizm.  
Oczywiście ta niezdrowa fascynacja trwała krótko, z reguły utrzymywała się przez jeszcze jakiś czas po wyjściu z biblioteki. Następnego dnia rano, po rozmowie z moją trzeźwo myślącą żoną, potrafiłem bez problemu krytycznie spojrzeć na okres stalinowski. Gdy jednak wieczorem znowu zabierałem się do ślęczenia w bibliotece nad „Nowymi Drogami”, skuteczność ówczesnej propagandy robiła swoje i znów zamieniałem się w „adepta nowej wiary”.
„Nowe Drogi” uprawiały bowiem niezwykle skuteczną, wysublimowaną propagandę. Obok rzeczowego informowania o tym, co dzieje się w polityce, serwowały nachalną, tępą, zmasowaną indoktrynację. Obok na wskroś logicznego wyciągania wniosków uprawiały demagogiczną żonglerkę argumentami i racjami, w myśl dialektyki marksistowskiej.
I ja przez te dwa tygodnie, w czasie których tę pracę pisałem, tej propagandzie po prostu uległem. Uległem jej absolutnie, do czego muszę się przyznać. Mimo czasowego dystansu (40 lat), jaki dzielił mnie od tamtych wydarzeń i mimo moich uprzedzeń do komunizmu, ja dałem się przekonać maksymalnie. Fakt ten uświadomił mi, że najprawdopodobniej gdybym żył w tamtych czasach i gdybym dysponował taką wiedzą, jaką mieli ówcześni statystyczni młodzi Polacy, byłbym święcie przekonany, że ZSRR jest gołąbkiem pokoju i niesie ukojenie dla tego skołatanego wojnami świata. Być może zapisałbym się do partii. Być może nakłaniałbym rodziców do zaprzestania słuchania Wolnej Europy. A może nawet donosiłbym na nich? Nie wiem… ale nie jestem w stanie jednoznacznie tego wykluczyć.
Samą pracę oceniono na „dostateczny” z uwagi na „brak krytycznego stosunku do analizowanego okresu", jak napisał recenzent. Widocznie zauważył, iż przy pisaniu dałem się ponieść uniesieniu, jakie było udziałem „budowniczych nowej Polski Ludowej", "pionierów walki o lepsze jutro”, „szermierzy sprawiedliwości dziejowej”. Wprawdzie obrona poszła mi bardzo dobrze i koniec końców skończyłem studia z piątką, to jednak ocena dostateczna dała mi do myślenia.
Dzięki temu przeżyłem jedno bardzo cenne doświadczenie. Doświadczyłem bowiem na własnej skórze, czym jest nachalna propaganda. I przekonałem się, że to działa, a niewykształcona w temacie jednostka jest po prostu niczym. Mam obecnie tę przewagę, że odczułem na własnej skórze działanie skomasowanej, niesamowicie intensywnej indokrynacji.
To samo dzieje się od 2005 r., a od 10.04.2010 już na bardzo szeroką skalę.
Wdrożono olbrzymi projekt propagandowy. Wiem to, bo mam dokładnie te same odczucia, które miałem wtedy, przy pisaniu tej pracy magisterskiej. Schizofrenię poznawczą. Z jednej strony wiem, że to nieprawda, a z drugiej z napięciem oglądam programy TVP i czytam analizy salonu na temat polityki.
Projekt ten służyć ma jednemu – podzieleniu nas, Polaków, na dwie części. Dlaczego? Ano dlatego, by łatwo było nami rządzić. Zgodnie z prastarą rzymską zasadą „Divide et impera”.
Daliśmy się podzielić absolutnie. Kłótnie w rodzinach, rozpad małżeństw, animozje towarzyskie to znana nam wszystkim polska codzienność. Podział idzie coraz dalej. Sytuacja przez Pałacem Prezydenckim każdego Polaka stawia przed dylematem: „Za” czy „przeciw”. Jednocześnie nikomu z rządzących wcale nie zależy na tym, by sprawę krzyża zakończyć. Sprawa krzyża bowiem bardzo dobrze służy realizowanemu projektowi propagandowemu, czyli podziałowi społeczeństwa na dwie zantagonizowane części, a więc utrzymaniu nas w stanie sztucznego podziału, a przez to uniemożliwienie jakichkolwiek niezamierzonych zdarzeń w naszym kraju.
Otóż pojedynczy człowiek, jeżeli jest wystawiony na taką zmasowaną propagandę, nie ma szans i prędzej czy później się poddaje. Wymięka. Daje się przekonać. Nawet jeżeli zauważy, że nie było wybuchu wulkanu w Ejakutiusliuiiii w Islandii, to nie dostrzega, na czym polega manipulacja w sprawie Smoleńska. Nawet jeżeli coś tam zrozumie, na czym polega znaczenie roli Palikota, to nie potrafi połączyć tego z pożarami w Rosji, itd. itp.
A działo się ostatnio bardzo dużo.
Najpierw państwa europejskie zebrały kasę na podupadającą Grecję, potem był Katyń/Smoleńsk, potem Ejafiukutiuslui w Islandii, w który nie wierzy chyba tylko Aspiryna. Następnie, po blokadzie przestrzeni powietrznej, doszło do na wskroś zastanawiajacej blokady Bałtyku przez wojska NATO (przynajmniej stało się jasne, czemu służyła pomoc dla Grecji), a nieco później do dziwnych i nietypowych powodzi w Polsce. Niedługo potem w Rosji wybuchły pożary. W międzyczasie dochodzi do szeregu dziwnych zdarzeń na arenie międzynarodowej (m.in. ustąpienie prezydenta RFN, dziwne nietypowe spotkania na scenie międzynarodowej), o których znów pisała chyba tylko Aspiryna.
Zadaniem tego projektu propagandowego jest, tak uważam, w miarę sprawne przeprowadzenie Polaków (myślę tutaj o polskiej opinii publicznej) przez okres naprawdę solidnej zawieruchy na arenie międzynarodowej i przygotowanie nas na szok, jaki nas czeka.
Aktualna świadomość statystycznego Polaka jest po prostu żadna. Nasz bezkrytycyzm przypomina mi moje ówczesne krótkotrwałe zamulenie propagandą stalinizmu.
Tymczasem dzieją się bowiem rzeczy wielkie. Rzeczy, których możemy się jedynie domyślać, a o których dowiemy się niebawem. 
Spójrzmy z dystansem i na ten spór o krzyż, i na samego Palikota. Tutaj chodzi naprawdę o coś o wiele poważniejszego. I jestem niemal pewien, że będą to zdarzenia korzystne dla Polski.