Jeszcze nie umilkł odgłos wystrzału w poznańskiej prokuraturze, a już zewsząd słychać głosy krytyki pod adresem M. Przybyła. Nawet nasz świątobliwie nam panujący Donald Tusk nie omieszkał zabrać głosu w tej sprawie. Znaczy, że coś jest na rzeczy.

Życie w polskich realiach nauczyło mnie jednej rzeczy – im bardziej ktoś obstaje na dochowaniu poufności, tajności, niewyjawianiu określonych faktów opinii publicznej, sprzeciwiając się w taki a nie inny sposób pełnej wolności słowa i swobodzie wypowiedzi, tym bardziej nieczyste są jego intencje.

Oczywiście doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że są na tym świecie rzeczy, o których nie powinno trąbić się na prawo i lewo, jak na przykład szczegóły dotyczące relacji osobistych między dwojgiem ludzi, informacje powzięte do wiadomości w ramach obowiązku poufności, tajemnice zawodowe (tajemnica lekarska, tajemnica spowiedzi).
Są jednocześnie na tym świecie rzeczy, o których nie tylko można, ale nawet NALEŻY mówić głośno, jak choćby molestowanie seksualne. Rzeczy takie dzieją się zarówno pod świecką strzechą (tytułem przykładu można nawiązać do wychowanków przymuszanych do uciech przez światowej sławy dyrygenta Krolopa), jak i pod mniszą kataną (uzależnianie przyznania poznańskim klerykom stypendiów watykańskich od ich posłuszeństwa), czego swego czasu dopuszczał się arcybiskup Paetz. Istnienie strefy cienia sprzyja bowiem osobom popełniającym dane czyny, a jedynym orężem potencjalnych ofiar, którymi często są dzieci, jest piętnowanie określonych czynów w opinii publicznej.
„Mętna woda” to nie tylko wielkie przekręty, to także drobne sprawy życia codziennego. Kiedyś kupowałem mieszkanie z drugiej ręki, kawalerkę. Pośrednik w trakcie negocjacji bardzo niejasno wypowiadał się na temat prowizji, twierdząc, że to tylko 2,9% od kwoty transakcji, poza tym prowizja jest rozkładana równo na obie strony. Jednak gdy doszło do podpisania transakcji u notariusza, okazało się, że do zapłaty prowizji zobowiązane są obie strony, każda po 2,9%, co dawało pośrednikowi łącznie niemal 6% plus VAT. Gdy się postawiłem i powiedziałem, że nie zapłacę więcej, niż połowa z tych 2,9%, pośrednik bez zmrużenia oka resztę mojej prowizji przerzucił na słabo obytego w tych sprawach i doprowadzonego pod ścianę sprzedającego, obciążając go prowizją w wysokości 4,3%.
„Mętna woda” i brak jasnych ustaleń z reguły sprzyjają tym, którzy wyspecjalizowali się w łowieniu grubych ryb lub po prostu w popełnianiu przestępstw. Wyklarowanie otoczenia, w którym prowadzony jest dany biznes, z oczywistych względów nie leży w ich interesie. 
Zwykły śmiertelnik nie potrafi się poruszać sprawnie, gdy wokół ciemno, jak oko wykol. Z tego też względu normalny uczciwy człowiek zawsze opowiadać się będzie za jawnością, przejrzystością, wolnością słowa i dostępem opinii publicznej do możliwie szerokiego kręgu informacji, a każdy krętacz, przestępca, cwaniak kręcący lody, molestator czy inny pospolity łajdak, szuler czy kanciarz będzie za tym, by możliwie mało rzeczy wychodziło na jaw. Nawet najzwyklejszy sprzedawca naciągający klientów poprzez nadważanie towaru, wie, że musi zadbać o to, by waga zawsze stała w słabo oświetlonym miejscu.
Niezależnie od tego, co skłoniło prokuratora Przybyła do tak drastycznego czynu (nawet przy założeniu, że jego zamiarem było jedynie dokonanie pozorowanego samobójstwa), to czyn ten przecież – próba samobójstwa lub zamierzone strzelenie sobie w policzek – jest wystarczająco makabryczny i dramatyczny, by zainteresować się tą sprawą.
W tle całego zdarzenia łączy się wiele wątków. Jednym z prawdopodobnych jest próba pozbawienia prokuratora Przybyła wpływu na prowadzone przez niego śledztwa pod płaszczykiem przejmowania prokuratury wojskowej przez prokuraturę cywilną, choć nie wykluczone, że w grę wchodzą zupełnie inne jeszcze rzeczy.
Jedno jest pewne: Wszystkim, którzy za żadne skarby nie chcą dopuścić do ujawnienia określonych faktów, najbardziej na rękę byłoby, gdyby Przybył zamiast w policzek strzelił sobie w skroń i skutecznie pozbawił się życia. Tak się jednak niestety nie stało. Przeciwnie, Przybył zdaje się udzielać wywiadów mediom z podwójną gorliwością i intensywnością, a ze wszystkich stron (prokurator generalny, premier Tusk) słychać utyskiwania na temat tego, że krytykowanie przełożonych wobec opinii publicznej (bo tak rzekomo należy ocenić gest prokuratora Przybyła) jest absolutnie nie do przyjęcia.
Otóż jest zupełnie inaczej.
Być może w życiu występują niekiedy okoliczności, w których nie warto mówić o pewnych rzeczach na zewnątrz. Nie przeczę. Wszak każdy Polak zna przysłowie, że „własnych brudów nie pierze sie na zewnątrz”. Dotyczy ono jednak spraw prywatnych, a nie sfery publicznej. 
Jestem jednak pewien, iż uczciwy człowiek nie boi się jawności i transparentności. Dopóki brak mi będzie przesłanek wskazujących na to, że prokurator Przybył manipuluje, kłamie lub mataczy, będę widzieć w nim jedynie urzędnika zdeterminowanego wyjawić opinii publicznej, co ma do ujawnienia.
A zalecenia, iż w dobrym tonie jest „trzymać język za zębami", pan Tusk może kłaść na uszy swoim dzieciakom, a nie urzędnikom RP. Bo w sferze publicznej jego porady z zakresu savuar vivre (co jest w dobrym tonie, a co nie) nie mają najmniejszej mocy obowiązującej.
Czasy, gdy "szef rządu" był jednocześnie "ojcem narodu" i wyznaczał standardy moralne dla całego korpusu urzędniczego, na całe szczęście są już dawno za nami. 
 
PS. Bardzo dojrzale pisze o całym zdarzeniu także Locke: